Rewanż za walkę z sierpnia 2020 roku. Wtedy na kartach punktowych był remis, ale zdaniem większości Zak Chelli kontrolował pojedynek. Pasowała mu walka z bliska, bo w wymianach był szybszy i precyzyjniejszy. Pasowała mu walka w dystansie, bo robił lepszy użytek z lewego prostego i lepiej czuł dystans. Wypadł naprawdę dobrze, ale werdykt był, jaki był (tylko jeden sędzia widział walkę uczciwie, punktując 97-93 dla Zaka).
Od tamtego czasu Chelli stoczył osiem walk, Jack Cullen – sześć. Akcje zawodnika z Londynu mocno skoczyły w górę po niespodziewanej, acz bardzo pewnej wygranej nad Simsem Juniorem. Pół roku temu zaskoczył go jednak Jeffers i trzeba było zrobić dwa kroki wstecz. Cullen z kolei pozytywnie zaskoczył w walkach z Dochertym i Heffronem, natomiast od Pacheco zebrał ciężkie lanie, a i Sadjo odprawił go przed czasem. Obaj są bardziej doświadczeni niż w sierpniu 2020, ale to jednak Cullen zostawił w ringu dużo więcej zdrowia.
Było okazja zobaczyć, jak ich style nałożą się na siebie w bezpośredniej walce i dla mnie Chelli powinien być faworytem. Tym bardziej że w pierwszym pojedynku od drugiej rundy zmagał się z opuchlizną na oku (dosyć rzadka kontuzja), która utrudniała mu widzenie i ograniczała chęć do rozwijania się w ataku.


