Nie bardzo rozumiem, dlaczego Fabio Wardley jest faworytem rewanżowej walki z Frazerem Clarke’m, skoro ich pierwszy pojedynek przebiegał głównie pod dyktando rywala, a wachlarz umiejętności zawodnika z Ipswich nie jest na tyle szeroki, byśmy w sobotę zobaczyli go w innym wydaniu. Przypomnę: w niedawnym pojedynku obu panów padł szczęśliwy dla Wardleya remis. To Clarke dużo lepiej wszedł wtedy w walkę – według mnie wygrał pierwsze cztery rundy i wygrywał piątą, dopóki pod jej koniec nie znalazł się na deskach. Zamiast 50:45, było więc 48-46 i Wardley miał szansę dogonić rywala, co mu się zresztą udało. Kluczowy okazał się punkt odebrany Clarke’owi za cios poniżej pasa (według mnie nieco pochopnie).
Trudno oczekiwać, by Wardley cokolwiek zmienił w tej walce. To dziwny pięściarz – nie miał w ogóle kariery amatorskiej (jedynie walki w ramach „białych kołnierzyków”), a w zawodowej kilka razy pokazał, że jego piękny sen może się skończyć w każdej chwili. Był łatwo trafiany przez drewnianego N. Webba, był karcony przez N. Gormana, był w tarapatach w starciu z wyboksowanym E. Moliną, ale każdego z tych zawodników ostatecznie znokautował. Daje fajne, emocjonujące walki, bije bardzo mocno, lubi wchodzić w wymiany, jednak boksersko nie zachwyca i gdy walka nie układa się na jego korzyść, to próbuje fizycznie przełamać rywala. Clarke był pierwszym dużym wyzwaniem w jego karierze i osobiście miałem jedną sporą wątpliwość przed ich starciem w marcu tego roku – czy Frazer będzie w stanie przyjąć mocne uderzenie rywala. Okazało się, że był, choć tarapatów nie uniknął.
Czysto boksersko Clarke miał dużo większą przewagę, niż pokazywały to karty punktowe. Był w ringu pewny siebie, dosyć odpowiedzialny, trafiał mocnymi ciosami i szybko rozciął nos rywalowi (co akurat nie jest trudne i zapewne powtórzy się w sobotę). Żeby go nie zagłaskać – powinien dużo lepiej wykorzystywać kryzysy Wardleya i bardziej zaznaczać rundy. U FW dobitnie było widać brak doświadczenia na tym poziomie – podpalał się po swoich czystych uderzeniach, wyolbrzymiając ich znaczenie, przez co już w 4. minucie miał lekkie problemy kondycyjne (a pod koniec walki – bardzo duże). Jego ograniczenia bokserskie dotyczą głównie defensywy – Wardley często źle ocenia dystans do rywala, przyjmuje ciosy bez amortyzacji, a do jego ulubionych zachowań w obronie należy unik prosty w dół, który jest uniwersalny, ale wielokrotnie powtarzany – zwłaszcza przy braku chęci wyjścia z niego z kontrą – staje się czytelny. Clarke za tę przewidywalność karcił go świetnie funkcjonującym prawym podbródkowym.
Uważam, że jeśli coś w tej walce się zmieni w odniesieniu do pierwszego spotkania obu fighterów, to raczej na korzyść Clarke’a, który może zaboksować agresywniej i lepiej wykorzystać ogromne doświadczenie z ringu amatorskiego (przypomnijmy – trzy lata temu sięgnął po brązowy medal Igrzysk Olimpijskich). Przekonał się, że ma siły na 12 rund, jest mądrzejszy o ich pierwsze starcie, może ustalić lepszą taktykę, poprawić w swoim boksie pewne drobiazgi. To, że w marcu zremisował z dużo słabszym technicznie i o wiele mniej doświadczonym rywalem, powinno być lekką ujmą na jego honorze. Pora więc zmazać tę plamę.
***
F. WARDLEY – F. CLARKE
typ: Clarke wygra walkę (2-drogowo, remis = zwrot)
kurs: 2.20
stawka: 4/10
Typ dostępny do gry między innymi w STS, LV BET, Betclic, etoto, Totalbet, Superbet, Betcris.

foto: Sky Sports Boxing (Instagram)
← Wróć
